Hotel Paradise Palace, Al-Hammamat, Tunezja

Większość czasu w Tunezji spędziliśmy na terenie hotelu Paradise Palace w Al-Hammamet. Tunezyjskie cztery gwiazdki, bezpośrednie położnie przy morzu, baseny, w tym jeden ze zjeżdżalnią, all inclusive, a do tego dobre opinie przyczyniły się do jego wyboru.



Zakwaterowanie czyli walka o wygodny byt.
Przyjechaliśmy o 6 rano. Wbrew temu co się sądzi, że pokoje są odgórnie przydzielone, informuje wszem i wobec, że podobnie jak w innych miejscach tak i w Paradise Palace pokój można zmienić. Nie należy jednak popełniać naszego błędu i dogadywać się z panem, który jest na nocnej zmianie. 12 jest godziną wymeldowania i to właśnie po tym czasie jest szansa załatwić coś lepszego jeśli przydzielony stan nam nie odpowiada.
Pierwotnie, zgodnie z ofertą biura podróży, otrzymaliśmy tzw. bungalow. Kiedy zaprowadzono nas do niego jedyne o czym marzyliśmy to walnąć się na łóżko i spać! Wyjrzałem jednak na zewnątrz, otwarłem przesuwne szklane drzwi i cały czar prysł. Huk agregatora, umiejscowionego nieopodal był tak wielki, że cała kraina snu prysła jak bańka mydlana. Postanowiliśmy zrobić poranny rekonesans po całym terenie bungalowów. Takich ryczących machine było jeszcze kilka i na dobrą sprawę nigdzie nie ma bungalowego cichego i spokojnego miejsca. Wtedy ostatecznie zapadła decyzja o zmianie.
W bungalowego południe zaczęły się negocjacje w recepcji. Trudne nie tylko ze względu na bariery językowe. Jeden z panów stracił w końcu cierpliwość i wręczył kilka kluczy bagażowemu. Obchód hotelu i wybór najlepszego miejsca skończył się w momencie kiedy przewodnik ruszył w kierunku schodów. Były z nami dzieci więc od razu zareagowaliśmy i wytłumaczyliśmy, że chodzi nam o parter. Zrozumiał i podszedł do drzwi pokoju 1004. To było to!
Jedno główne wejście do apartamentu dla dwóch rodzin. W środku oddzielone drzwiami. Dwie łazienki (jedna z wanną, w drugiej prysznic), w obu ubikacje. Dwa balkony z bezpośrednim zejściem na zewnątrz. Przenieśliśmy bagaże i sprawę zakwaterowania uznaliśmy za zakończoną.

Wypoczynek czyli nic nierobienie.
Po pierwszym wtapiania się w hotelową rzeczywistość rytuałem stało się poranne stawanie po godzinie siódmej i rezerwowanie leżaków przy basenie. Opcja ta wydała się nam lepsza i wygodniejsza od plażowej. Nie było żadnych przeszkód żeby przejść się do morza, popluskać w wodzie, czy poskakać przez fale i wrócić na miejsce przy basenie. Stąd bliżej było też do barów, do których regularnie robiliśmy wycieczki po napoje.
Przywiezione buty do tenisa nie dotknęły nawet tunezyjskiej ziemi. Jak zostały wstawione na dół szafy tak wyjęte zostały w dniu wykwaterowania. Możliwość gry jednak była. Podobnie jak strzelanie z łuku, ping pong, czy piłka i siatkówka plażowa. Animatorzy robili świetną robotę co można było zaobserwować każdego dnia. Jeśli komuś już naprawdę doskwierało smażenie na słońcu mógł znaleźć sobie jakieś zajęcie, niekoniecznie związane z konsumpcją.
Zaangażowanie pomarańczowych (w takie stroje najczęściej ubrani byli animatorzy) najbardziej wykorzystywaliśmy wieczorami. Codziennie po kolacji jak w rytuale zasiadaliśmy na widowni by wspierać oklaskami sporą gromadę dzieci, w tym nasze, podczas mini disco.

Wyżywienie czyli nic tylko jeść, jeść i... pić.
Jak bardzo uatrakcyjniasz swoje śniadania przez cały rok? Prócz wolnych weekendów nie ma w tym posiłku raczej czegoś wyrafinowanego. Poranne menu mogło zadowolić wszystkich. Rzecz jasna jak wszystkie pozostałe potrawy proponowane przez cały dzień, ważną rolę odgrywał smak, a to już rzecz indywidualna.
Zbawienna była kawa z automatu nescafe. Bez niej można byłoby zapomnieć o kofeinie na czas całego pobytu. Serwowana z wielkiego termosu równie czarna ciecz była nie do picia. Szczególnie z mlekiem (do automatu sypano mleko w proszku).
Jałowość sprawiła, że głównym moim daniem śniadania stały się naleśniki oraz ciasteczka. Inni serwowali sobie omlety, kiełbaski. Mnie jednak nie przypadły do smaku. Dawałem radę i rekompensowałem sobie braki podczas obiadu.
Najważniejszy posiłek dnia serwowany był zarówno w głównej restauracji jak i w przyplażowym snack barze. Nie wierzę, że ktoś mógł chodzić głodny. Frytki, pizza, ryby, sałatki, mięsa, makarony itd. itd. Nie trzeba było zapychać się po brzegi, bo już za niespełna dwie godziny serwowano pitę z warzywami, pizzę i duże naleśniki. Znów brzuch pełny więc na leżak i nic tylko trawić.
Kolacje, podobnie jak obiady mocno urozmaicone. Na czele makarony, grillowane mięsa, sałatki. Zdarzyły się też takie egzotyki jak przyrządzone kaktusy. Zresztą dań egzotycznych nie brakowało i jeśli tylko ktoś był otwarty na tego typu kuchnie spokojnie mógł popróbować. Ich zaletą było to, że były jako tako doprawione, z przewagą na ostre przyprawy, czego nie można napisać o europejskich daniach. Wielu tęskniło za maggi czy vegetą.

Napoje czyli four beer please.
Cola, fanta, sprite i woda mineralna z zimnych napoi bezalkoholowych. Wystrzegaliśmy się owocowych napoi rozcieńczanych wodą niewiadomego pochodzenia (tą z kranu informowano wszędzie by absolutnie nie pić).
Na śniadanie można było zakupić wyciskany sok z pomarańczy. Słodki, pyszny wart 1,5 dinara.
O piwie nie powinienem się źle wypowiadać zważywszy na spożyte ilości. Smakowało jak smakowało, a moc zważywszy na całodniowe raczenie się nim znikoma. Ot, kolejny napój orzeźwiający.
W pakiecie all inclusive można było zamówić whisky. Po pierwszych drinkach przyjęliśmy zasadę zamawiania bez lodu i schładzania jej w pokojowej lodówce. Smakowo daleko jej do markowych, ale i tak była to niezła odskocznia, od czasu do czasu, od piwa.
Najmocniejszym trunkiem jak się okazało było wino, szczególnie białe. Zamówienie podwójnego w plastikowym kubku i jego spożycie najszybciej rozsiewało promile we krwi.
O kawie wspomniałem powyżej. Herbata stała się moim pragnieniem numer jeden po powrocie do kraju. Smak nawet przegotowanej wody psuł całkowicie przyjemność degustowania dostępnych lipton. Żal tym większy, że zamiast cytryn serwowano limonki.

Zwyczaje czyli kelnerska polityka.
Za pewne rzeczy płaci się w życiu z tak zwanej góry. Na przykład za pobyt w Paradise Palace. Ta opcja jednak nie sprawdza się wszędzie. Cóż, ciężko robić dziś rewolucję i przekonywać wszystkich wokół, że za obsługę kelnerowi powinno płacić się przy wyjściu, a nie na dzień dobry.
Przy kolacji jeśli nie posmarowało się kelnerowi znalezienie stolika dla sześciu osób graniczyło z cudem. Odpowiednia kwota w łapę kelnera gwarantowała to, że raczył się on jeszcze pojawić po raz kolejny, na przykład donosząc drugą butelkę wody mineralnej.
Przypomnę, że wszystkie dania były podawane w formie szwedzkiego stołu. Jak zatem zarobić na turystach podczas śniadania? Cwaniacka ekipa znalazła sposób. Na żadnym stole nie można było znaleźć małych łyżeczek. Pół lub cały dinar sprawiał, że jak za pociągnięciem magicznej różdżki znajdywały się nawet w nadmiarze. Nikt z nas sknerom skończonym nie jest, ale znaleźliśmy na to prosty sposób. Inkasowaliśmy łyżeczki do pokoju i przychodziliśmy
z nimi na śniadanie. Przez pierwsze dni bawiło mnie zdziwione spojrzenie kelnerów z wypisanym pytanie skąd oni je wzięli?!
W każdej restauracji do której chodzę, jeśli obsługa zrobi na mnie pozytywne wrażenie z przyjemnością zostawiam napiwek z podziękowaniami. Nie zwykłem rozdawać pieniądze za nic komuś kto obecnie przebywa w pracy, która określa jakieś obowiązki. W paradisowej restauracji wyrzucało się właśnie najczęściej pieniądze do kosza. Nie zgodzę się, że należało przyjąć tą świecką tradycję. Zgodzę się natomiast z faktem, że jest to wina turystów, z niemieckim obywatelstwem na czele. Nawoływać do zmian to jak walczyć z wiatrakami. Można jednak samemu przyjąć własną postawę, która jak się okazuje może odnieść indywidualny sukces.

Czystość czyli sprawa sprzątania pokoju.
Kolejna legenda – zostaw pieniążek na poduszce, a po twoim powrocie wszystko będzie błyszczeć i lśnić. Dodatkowo dostanie świeżutkie ręczniki, uzupełniony zostanie zapas papieru toaletowego oraz zimne napoje. W każdej legendzie jest cień prawdy. Rzeczywistość weryfikuje jednak wszystko.
Wychodząc na basen czy plażę monety lądowały na poduszce. Wracając do pokoju można było się zakładać czego tym razem nie zrobiono lub co brakuje. Nie przypominam sobie dnia żeby było idealnie choć raz. Warto było zajrzeć do pokoju choć na chwilę by zweryfikować sytuację i upomnieć się o brakujące rzeczy.
Kontrola pomagała i w gruncie rzeczy człowiek nie wnikał już za co te dinary zostawia. Kiedy jednak pojechaliśmy na dwudniową wycieczkę, a po powrocie szykowaliśmy się pomału do odjazdu pani sprzątaczka sama zaczęła nachodzić każdego z nas pojedynczo celem wyłudzenia jeszcze jakiegoś grosza. Zorientowaliśmy się o tym po fakcie. Pierwszy rozmawiałem z nią kiedy chciała zacząć sprzątanie. Podziękowałem jej, gdyż z racji tego, że nie było nas dwa dni pokój był posprzątany. Brakowało jednak napoi i papieru, ot standard. Wyszedłem na basen, a przebiegła pani spróbowała jeszcze raz i tym razem się jej udało. Plącząc niearabskie języki dogadała się i dostała co chciała. Uzupełnienie braków zajęło jej o wiele dłużej.
Może to zależy od stawki jaką się zostawia na poduszce, może dawaliśmy zbyt mało i wystarczyło jedynie na pościelenie łóżek i wytarcie podług. Ciężko do tego dojść. Podziwu jest jednak godne to, że obowiązuje tam prawdziwa solidarność społeczna, z którą zwracający uwagę przełożonemu turysta nie ma żadnych szans.
Przyjechałeś? to płać.

To uwagi, które pozostały na świeżo po odjeździe. Samej atmosfery hotelu Paradise Palace nie jestem w stanie ocenić. Nie byłem nigdzie indziej, nie wiem jakie panują tam obyczaje. Jedna noc w hotelu na Saharze oraz obiad w Gafsa nie dają żadnego porównania. Wszystko jednak jest do zniesienia i na dłuższą metę nie przyćmiewa to wypoczynku. Staje się raczej tematem do wieczornej dyskusji przy n-tym piwku (brrrr!).
___
Tekst archiwalny z 24.09.2009 r.


Marek Zawada