Lot samolotem Tunisair

Co piętnuje większy stres u ludzi, którzy przygotowują się do lotu samolotem?
Czy zdążymy dojechać w porę na lotnisko? Biorąc pod uwagę położenie Pyrzowic może to być powód, ale w gruncie rzeczy mało znaczący biorąc późną godzinę odlotu. Jeżeli nie ma korków na przebudowywanych odcinkach drogi to problem nie istnieje. Awaria samochodu? No dobra, bez przesady.

Dojeżdżamy i tu w zasadzie jedyne pytanie czy bagaż spełnia normę wagową. 15 kilogramów na głowę czy to mało czy dużo zależy od potrzeb. Zakup rozsądnych walizek (pod względem ciężaru) sprawia, że można zmieścić dużo, czyli po brzegi. Jest dobrze, zatem teraz kwestia bramki. Z urzędu wypada zajrzeć do torby podręcznej. Bez zastrzeżeń. Więc teraz tylko trzeba spodobać się panu przyglądającemu się naszej twarzy, który porównuje ją z tą ze zdjęcia. Jesteśmy na strefie wolnocłowej, a stąd już tylko przejazd autobusem pod samolot.

Boeing 737-600 tunezyjskich linii Tunisair. Pierwszy rzut okiem i myśl ciasny. Siedzimy, zapinamy pasy, słychać ryk silników, kołujemy na pas, coraz szybciej, aż na ostatniej prostej gaz do dechy i wznosimy się w górę.

Po raz pierwszy skrzydlata machina wzniosła mnie w przestworza. Nie czułem strachu. Zwyciężyła ciekawość. Sam lot przypomina jazdę pociągiem ekspresowym w wagonie bez przedziałów. Różnicę stanowią skoki ciśnienia, zatkane uszy i tym podobne reakcje ciała na zwiększającą i zmniejszającą się wysokość, ale to w zasadzie wszystko.

Lądujemy w mieście Monastir. Pierwszy kontakt z afrykańskim powietrzem jest szokujący. Duszne, jakby lepiące się do ciała powietrze, bardzo ciepło, mimo, że na zegarze już po północy (ze względu na Ramadan czas cofnięty o godzinę w stosunku do obowiązującego w Polsce). Znów do autobusu i witają nas tunezyjscy urzędnicy.

Nie wiem czego się spodziewałem, że rozłożą ręce z uśmiechem i porozwieszają transparenty Welcome to Tunisia? Jeśli czułem jakiekolwiek zmęczenie przeszło mi bardzo szybko. Morda w kubeł i słuchać co do ciebie gadam po swojemu. W tym momencie zasiał się mój stres, który rozkwitł przy odprawie powrotnej. Jak się okazało nie słusznie.

Wracając dotarliśmy na lotnisku już po zachodzie słońca. W czasie Ramadanu wierzący nie jedzą i nie piją przez cały czas kiedy na niebie świeci słońce. Zaraz po jego zajściu modlą się i przystępują do konsumpcji. Znikają jak jeden ze swoich stanowisk pracy i oddają się strawie, piciu i paleniu. Wiadomo nie od dziś, że człowiek najedzony jest w dużo lepszym humorze. Wracają do pracy, nierzadko z papierosem w ręce i wykonują swoje czynności. Szybko, sprawnie, bez wnikania w jakiekolwiek szczegóły.

I tak o to punktualnie o wyznaczonym czasie znaleźliśmy się znów w Boeingu 737, którym wylądowaliśmy na lotnisku w Pyrzowicach. Po dwóch tygodniach w ciepłym klimacie wróciliśmy do chłodniejszej ojczyzny. Prócz pamiątek przywieźliśmy pełen bagaż wspomnień, zachowanych szczegółowo we własnej pamięci i w urywkach tej z aparatów cyfrowych.