Wyprawa 04.06.2007, Tatry, Rysy

4 czerwca 2007r, pobudka o piątej rano. Gotowanie wody i parzenie kawy. Dopakowujemy plecaki i ruszamy. Parkujemy w Palanicy Białczańskiej i szybkim tempem ruszamy w stronę Morskiego Oka.



Czas godny podziwu, ale pot leje się z nas strumieniami. Za parę godzin utwierdzę się w przekonaniu, że nocleg w morskim schronisku i rozpoczęcie wyprawy stamtąd. To nauka na przyszłość. Tymczasem zjadamy co nieco z naszych zapasów i wyruszamy w kierunku Czarnego Stawu. Przekraczamy potok łączący go z Morskim Okiem i okrążając go podziwiamy niezwykłą jego barwę. W końcu zakładamy raki, krótkie szkolenie jak stosować czekan i zaczynamy wspinaczkę. Z potem wychodzą moje całe siły fizyczne.

Nie wiem na jakiej wysokości pierwszy raz chce zawracać. Drugie zwątpienie pojawia się na wysokości 2300 m n.p.m. Stanowcze argumenty i wielka siła przekonywania najbardziej doświadczonego z nas podnoszą mnie na duchu. To już nie walka z siłami fizycznymi, to już praca nad swoją psychiką. Najgorsza z myśli: czy starczy mi sił żeby zejść?. Nim się o tym przekonam zdobywam szczyt. Rysy ? 2499 m n.p.m. Docieram na niego jako trzeci i ostatni tego dnia (nikogo prócz nas nie spotkaliśmy). Czas na powrót. Łańcuchy dają jakieś bezpieczeństwo. Mamy uprzęże i wpinamy się ekspresami. Ta pewność i poczucie łatwiejszej drogi doprowadza nas do miejsca bez, na pozór, wyjścia. Pozostaje nam do wyboru przejście lekko trzymającym się śniegiem, pod którym płynie potok. Potrzeba sporej pewności siebie i znajdujemy ją w sobie. Udaje się! Docieramy na ścianę, którą wchodziliśmy. Krótka lekcja schodzenia w rakach. To takie proste?! Wkurzamy się sami na siebie, że nie zgodziliśmy się schodzić tędy już dużo wcześniej. Mimo to moja psychika jest już mocno wyeksploatowana. Sytuację pogarsza mi nieustanny problem z jednym z raków. Asekuruje mnie, schodząc obok mnie, najbardziej doświadczony z nas. Jego brat pewnie brnie do przodu i nagle gubimy go z oczu. Za chwilę okaże się, że pośliznął się i zaczął zjeżdżać w dół. Nie na marne poszła lekcja posługiwania się czekanem. Obrócił się, wbił go w śnieg i wyhamował. Docieramy do Czarnego Stawu. To jeszcze nie koniec, zmęczenie daje mi mocno znać o sobie, gdzieś budzi się we mnie radość. Chłopcy ruszają mocno do przodu, ale dopiero kiedy docieram do schroniska przy Morskim Oku wspólnie zamawiamy herbatę z cytryną. Najlepsza na świecie! Szybko zamawiamy drugą i kupujemy inne napoje. Zjadamy to co jeszcze mamy i ruszamy w stronę parkingu. Asfalt staję się mekką, ale nie na długo. Odwracam się i widzę światła dżipa, którego wcześniej widziałem koło schroniska. Zatrzymuje się! Dojeżdżamy do parkingu. Samochód i dobrze już po 22 meldujemy się w hotelu.

Byłem. Zdobyłem. Poznałem siebie.
____
Tekst archiwalny z 04.06.2009 r.